Podróże po niezwykłej Polsce

 

Od lat chodzę po Tatrach. Najpierw zdobywałem tatrzańskie szczyty jako mały chłopiec z rodzicami, teraz wyruszam w góry sam. Wędrówka to pielgrzymka. To oderwanie od rzeczywistości. Magię wędrowania po górach opisałem dawno temu:

http://tomaszmajor.com/sites/default/files/download/23.pdf

Od tamtego czasu nic się nie zmieniło. Funkcja wędrówki pozostaje ta sama.

Jedyny niezakreślony odcinek moich Polskich Dróg Wodnych to lwia część Wielkiej Pętli Wielkopolski: Jeziorami, kanałami i Notecią od Ślesina do Santoka.

Slalom po alejkach w poszukiwaniu slipu

Przedostatni nieprzepłynięty jeszcze odcinek na mojej Mapie Polskich Dróg Wodnych to droga wodna łącząca Augustów z Nowogrodem. – Odcinek od Nowogrodu (od Węgorzewa przez Nowogród) do Zalewu Zegrzyńskiego był pierwszym odcinkiem, który pokonałem kilka lat temu rozpoczynając plan pokonania wszystkich dróg wodnych w Polsce.

Na przygotowania jak zwykle nie było wiele czasu. Mapę wyrwałem z atlasu samochodowego, zabrałem gps, kilka baterii, namiot, śpiwór i niezastąpione kabanosy.

Rewolucja energetyczna na wodzie

Za każdym razem, gdy na wodę zrzucam kajak, ponton, łódkę, a także gdy uruchamiam spakowanego troglodytę, czuję powiew wolności. Na brzegu zostawiam pracę, codzienne troski. Wyruszam w kolejną podróż. To ważne, by nie wpaść w wir pracy, w matnię codziennych, przyziemnych obowiązków. Prawdziwą wartością w życiu jest brak udręk, wolność wyboru, służenie jakieś arcyważnej sprawie, np. wychowywaniu dziecka, otaczanie się ciekawymi ludźmi i nieotaczanie się motłochem oraz … realizowanie marzeń. Jestem już bardzo blisko finiszu wędrówek po polskich drogach wodnych.

Kilka tygodni temu zakosztowałem dolnego odcinka Odry płynąc z Poznania do Szczecina. Tydzień temu budzik wygonił mnie z łóżka przed świtem i kazał zaprząc do rzęcha przyczepkę z łódką. O poranku krążyłem po Dolnym Śląsku wzdłuż Odry szukając miejsca, gdzie będę mógł zeslipować łódkę. Dwóch podpitych operatorów promu zgodziło się najpierw mi pomóc, ale dopiero po tym, jak deszcz przestanie padać. Po godzinie stwierdzili, że zmokli i że prom już nie będzie tego dnia działał. Gdy zażądali łapówki odwróciłem się na pięcie i pojechałem dalej.

Po całonocnym rajdzie po wąskich, krętych i dziurawych drogach Polski wschodniej, tuż po czwartej nad ranem zrzuciłem mój ponton do niewielkiej rzeczki na granicy z Białorusią. Udało się! Tuż przed wschodem słońca byłem już na posterunku – czekałem z aparatem w ręku na wyjątkową o tej porze grę świateł. Widok jest mistyczny: nad wodą unosi się poranna, złowieszcza mgła, gdzieś nad białoruskim, przepastnym i mrocznym lasem pojawia się najpierw łuna świetlna, a po chwili między wysokimi drzewami zaczynają strzelać w moją stronę promienie wschodzącego słońca.

Po opuszczeniu szpitala w 2005 roku, z opatrunkami na nogach pojechałem najpierw na Kasprowy na narty. W zakrwawionym kombinezonie wróciłem do medyków, by się dowiedzieć, że po transplantacjach nie wolno jeździć na nartach. Gdy po parunastu dniach zrobiło się ciepło, zapakowałem z moim Tatą kajak i popłynęliśmy Wartą w okolicach Poraja koło Częstochowy.

Rok temu, wiosną, podczas wielkiej powodzi rozpocząłem podróż Wisłą z Krakowa do Bałtyku. Pierwszy etap przebiegał spod Krakowa. Zakończyłem go pod Sandomierzem, płynąc pontonem po zalanych łąkach, boiskach i szukając głównego nurtu na wielkich rozlewiskach ostatniej dzikiej rzeki Europy (zob.: „Z falą kulminacyjną po Wiśle 2010”).

Starzeję się. Eskapady pontonem i codzienne poszukiwanie miejsca na biwak, rozbijanie namiotu w dzień, o zmierzchu i w nocy, w deszczu i w zimnie sprawiają, że wodna wyprawa jest pierwotna. Niemniej jednak brakuje czasem, zwłaszcza po kilku dniach w deszczu, ciepłej i suchej koi. Gdy baterie w dżi-pi-esie się wyczerpią, fajnie by je było gdzieś naładować.

Kilka dni temu odwiedziłem kolegę w Kielcach. Zjedliśmy o świcie śniadanko, zapakowaliśmy po butelce wody i ruszyliśmy kajakiem na Nidę. Ładna, meandrująca rzeczka. Po spływie pomknąłem do Krakowa kupić sprzęt. Z okazji pięknego dnia zrobiłem sobie prezent w postaci jedynki górskiej. Wszak najlepsze i najbardziej przydatne prezenty (samochód terenowy, kajak, ponton, jacht, aparat fotograficzny, lornetkę) każdy prawdziwy facet robi sobie sam.

Strony