Oswald Splengler (1880-1936)

  • Pierwotne przeciwieństwo kosmosu i mikrokosmosu określa także relację między mężczyzną a kobietą. Kobieta jest przeznaczeniem, czasem, ograniczoną logiką samego stawania się. Kobieca jest bezkulturowa historia sukcesji pokoleń. Mężczyzna przeżywa przeznaczenie i pojmuje logikę tego, co się stało, łańcuch przyczynowoskutkowy. Ale walka miedzy mężczyzną a mężczyzną toczy się zawsze ze względu na krew, na kobietę. Kobieta jest historią, mężczyzna tworzy historię.

    Oswald Splengler (1880-1936) "Zmierzch Zachodu (1924)"
  • Człowiek zachodnioeuropejski – i to każdy bez wyjątku – pozostaje pod wpływem ogromnego optycznego złudzenia. Wszyscy żądają czegoś od innych. Wypowiadamy „powinieneś” w przekonaniu, że istotnie można i należy tu coś w jednolitym sensie zmienić, ukształtować i uporządkować. Wiara w to i w nasze prawo do tego jest niewzruszona. Tu się nakazuje i żąda posłuszeństwa. To dopiero znaczy dla nas moralność. W etyce zachodniej wszystko jest kierunkiem, roszczeniem do mocy, wolą działania w dal. W tej kwestii całkowicie zgadzają się ze sobą Luter i Nietzsche, papieże i darwiniści, socjaliści oraz jezuici. Ich moralność występuje z roszczeniem do powszechnej i trwałej ważności. Należy to do konieczności faustowskiego istnienia. Kto inaczej myśli, naucza, chce, ten jest grzesznym odszczepieńcem i wrogiem, którego bez litości się zwalcza. Człowiek powinien. Państwo powinno. Społeczność powinno. Ta forma moralności jest dla nas oczywista; reprezentuje właściwy i jedyny sens wszelkiej moralności. Nie było tak jednak w przypadku Indii, Chin oraz kultury antycznej. Budda proponował na zasadzie dobrowolności pewien wzór życia, Epikur udzielał dobrych rad. Są to także formy wyższej, wyzbytej z elementu woli, moralności.

     
    Oswald Splengler (1880-1936) "Zmierzch Zachodu (1924)"
  • Prywatne potęgi gospodarcze chcą mieć zielone światło do zdobywania wielkich fortun. Żadne prawodawstwo nie powinno im w tym przeszkadzać. Chcą stanowić prawa w swoim interesie i posługują się do tego stworzonym przez siebie narzędziem: demokracją, dobrze opłacana partią.

    Oswald Splengler (1880-1936) "Zmierzch Zachodu (1924)"
  • Pierwotna kobieta, wieśniaczka, jest matką. Jej całe upragnione od dzieciństwa powołanie życiowe kryje się w tym słowie. Teraz wszakże wyłania się kobieta Ibsena, koleżanka, bohaterka całej wielkomiejskiej literatury od północnego dramatu aż do paryskiego romansu. Zamiast dzieci kobiety te mają duchowe konflikty, małżeństwo zaś jest przemyślanym przedsięwzięciem, w którym chodzi o „wzajemne zrozumienie”. Należą one tylko do siebie samych, i wszystkie są niepłodne. Te same fakty w powiązaniu z tymi samymi racjami znajdujemy w społeczeństwie aleksandryjskim, rzymskim i oczywiście w każdym innym społeczeństwie cywilizacyjnym – przede wszystkim zaś w tym, w którym dorastał Budda. Wszędzie istniała etyka dla bezdzietnych inteligentów oraz literatura o wewnętrznych konfliktach Nory i Nany.

     
    Oswald Splengler (1880-1936) "Zmierzch Zachodu (1924)"
  • To, co Aztekowie doświadczyli około 1500 roku, dla nas jest jeszcze sprawą przyszłości. Ale już wtedy cechą odróżniającą człowieka faustowskiego od człowieka innych kultur, było jego nienasycone parcie w dal, które ostatecznie doprowadziło do zniszczenia kultury meksykańskiej i peruwiańskiej. Parcie to jest bezprzykładne i objawia się we wszystkich dziedzinach.

    Oswald Splengler (1880-1936) "Zmierzch Zachodu (1924)"
  • W każdej kulturze istnieje silne poczucie tego, czy ktoś do niej należy czy też nie. Starożytne pojęcie barbarzyńcy, arabskie pojęcie niewiernego (amhaareca czy giaura), indyjskie pojęcie śudry – jakkolwiek różnie byśmy je interpretowali – wyrażają w pierwszym rzędzie nie tylko nienawiść czy pogardę, ile odmienność faktu istnienia, wyznaczającą nieprzekraczalną granicę we wszystkich głębokich sprawach.

     
    Oswald Splengler (1880-1936) "Zmierzch Zachodu (1924)"
  • My, ludzie kultury zachodnioeuropejskiej, jesteśmy z naszym zmysłem historycznym wyjątkiem, nie zaś regułą. „Historia powszechna” to nasz obraz świata, nie zaś obraz świata całej ludzkości. Dla człowieka Indii i Starożytności nie istnieje żaden obraz świata w rozwoju i być może nigdy się już nie pojawi – gdy wygaśnie kiedyś zachodnia cywilizacja – tego rodzaju kultura, a więc i tego rodzaju typ człowieka, dla którego „historia powszechna” będzie tak przemożna formą świadomego istnienia.

     
    Oswald Splengler (1880-1936) "Zmierzch Zachodu (1924)"
  • Imperium cieszyło się doskonałym pokojem; było bogate, wykształcone, dobrze zorganizowane. Posiadało od czasów Nerwy do Marka Aureliusza całą serię władców, jaką nie mógł się poszczycić cezaryzm żadnej innej cywilizacji. I mimo to następuje szybka i masowa depopulacja, na przekór desperackiemu ustawodawstwu małżeńskiemu i rodzinnemu autorstwa Augusta, którego lex de maritandis ordinibus bardziej zbiło z tropu rzymskie społeczeństwo niż klęska Warusa. Italia, potem zaś północna Afryka i Galia, wreszcie Hiszpania – najgęściej za pierwszych cesarzy zaludniona prowincja imperium – wyludniają się i pustoszeją. 

    Oswald Splengler (1880-1936) "Zmierzch Zachodu (1924)"
  • Jeśli ludność Majów niedługo po hiszpańskim podboju wręcza zanikła, a wielkie opustoszałe miasta padły łupem dżungli, dowodzi to nie tylko brutalności zdobywców, która pod tym względem byłaby bezskuteczna wobec młodej i płodnej kulturowej społeczności, lecz wewnętrznego wygaszenia, które bez wątpienia zaczęło się już dawno temu. Jeśli zaś zwracamy się ku własnej cywilizacji, to stwierdzamy, że stare rody francuskiej szlachty w przeważającej mierze wyginęły nie w wyniku Rewolucji Francuskiej, lecz pomału wymarły po 1815 roku; niepłodność stała się z kolei udziałem mieszczaństwa, i od 1870 roku niemal na nowo stworzonego właśnie przez tę Rewolucję chłopstwa.

    Oswald Splengler (1880-1936) "Zmierzch Zachodu (1924)"
  • Tymczasem w Meksyku powstała nowa kultura. Była na tak bardzo oddalona od wszystkich innych, że wykluczało to jakikolwiek obustronny przepływ informacji. Kultura ta sanowi jedyny przykład gwałtownej śmierci. Nie zwiędła, nie zmarniała pod uciskiem ani nie ulega zahamowaniu, lecz w pełnym przepychu swego rozwoju została zamordowana, zniszczona tak jak słonecznik, którego głowę ściął jakiś przypadkowy przechodzień. Wszystkie te państwa, w tym jedno mocarstwo i kilka federacji, które wielkością i posiadanymi środkami górowały znacznie nad państwami grecko – rzymskimi z czasów Hannibala, z całą swą górnolotną polityką, starannie zorganizowaną skarbowością, wypracowanym prawodawstwem, koncepcjami zarządzania i tradycją gospodarczą (co zgoła nie mieściło się w głowach ministrów Karola V), z bogatą wielojęzyczną literaturą, wyrafinowaną i wytworną społecznością wielkich miast, nie znajdującą wówczas żadnego odpowiednika na Zachodzie – wszystko to zostało zburzone nie przez jakąś desperacką wojnę, lecz unicestwione przez garstkę bandytów w kilka zaledwie lat, i to tak gruntownie, że nie zachowało się nawet w pamięci pozostałej przy życiu ludności. Z ogromnego miasta Tenochtitlan nie pozostał kamień na kamieniu, a w prastarych lasach Jukatanu całe okazałe grono wielkich miast państwa Majów padło szybko ofiarą bujnej tropikalnej roślinności. Nie wiemy nawet, jak się nazywały. Z literatury Majów zachowały się trzy księgi, których nikt nie umie przeczytać. Najstraszniejsze w tym widowisku jest to, że nie przynależało ono nawet do konieczności istnienia kultury zachodniej. Była to prywatna impreza awanturników, i nikt w Niemczech, Anglii czy Francji nie przeczuwał wtedy, co się tu właściwie dzieje. Jeśli gdziekolwiek na ziemi, to właśnie tu objawiło się, że historia ludzkości nie ma żadnego sensu, że głębokie znaczenie tkwi tylko w przebiegu życia poszczególnych kultur. Ich wzajemne stosunki są bez znaczenia i mają charakter przypadkowy. Przypadek był tu tak strasznie banalny, tak wręcz śmieszny, że mógłby razić swą niestosownością w najnędzniejszej farsie.

     
    Oswald Splengler (1880-1936) "Zmierzch Zachodu (1924)"