tatry maj 2014: dzień świstaka

Od lat chodzę po Tatrach. Najpierw zdobywałem tatrzańskie szczyty jako mały chłopiec z rodzicami, teraz wyruszam w góry sam. Wędrówka to pielgrzymka. To oderwanie od rzeczywistości. Magię wędrowania po górach opisałem dawno temu:

http://tomaszmajor.com/sites/default/files/download/23.pdf

Od tamtego czasu nic się nie zmieniło. Funkcja wędrówki pozostaje ta sama.

W połowie tygodnia odwołałem spotkania i narady. Spakowałem nad ranem plecak i … uciekłem. 5.30 Kuźnice, 7.30 śniadanie w Murowańcu, ok. 9.00 Liliowe. Gdy dwie godziny później dochodziłem do Czerwonych Wierchów, przede mną pojawiły się dwa świstaki. Dosłownie półtora metra ode mnie. Za każdym razem, gdy wyruszałem do „pięciu” lub w kierunku Koziej Przełęczy, towarzyszył mi gwizd świstaków. Dopiero po wielu latach dane mi było zobaczyć wesołków „jak na dłoni”. Po raz pierwszy od wielu lat nie zabrałem ze sobą dobrego aparatu. Foty strzelałem zwykłym-niezwykłym kompaktem (nie słuchajcie reklam: najlepszy aparat na wyprawy to Olympus Tough).