Wisłą z Krakowa do Warszawy - sierpień 2011

Rok temu, wiosną, podczas wielkiej powodzi rozpocząłem podróż Wisłą z Krakowa do Bałtyku. Pierwszy etap przebiegał spod Krakowa. Zakończyłem go pod Sandomierzem, płynąc pontonem po zalanych łąkach, boiskach i szukając głównego nurtu na wielkich rozlewiskach ostatniej dzikiej rzeki Europy (zob.: „Z falą kulminacyjną po Wiśle 2010”). Latem ubiegłego roku zwodowałem mój ponton za zaporą we Włocławku i wpłynąłem nim na Ziemie Krzyżackie, gdzie dokładnie w sześćsetną rocznicę bitwy pod Grunwaldem … zatonąłem pod Malborkiem (zob.: „Wisłą do Gdańska ... czyli jak zatonąłem pod Malborkiem, 2010”). W lipcu tego roku przy okazji podróży po Żuławach moim nowym wehikułem wodnym połączyłem Malbork z Bałtykiem (zob.: „Żuławy Wiślane lato 2011”). Pozostały mi dwa odcinki: z Ziemi Sandomierskiej do Warszawy i z Warszawy do Płocka.

Kilka ciężkich sierpniowych dni spędzonych na naradach i przed komputerem spowodowało, że w akcie desperacji rzuciłem wszystko, spakowałem łódź i zwodowałem już tuż za Nową Hutą.

Jakaż Wisła jest inna latem. Pełno mielizn, łach, wysp. To już nie ogromne jezioro powstałe wskutek wielkiej powodzi wiosennej, ale dynamiczna rzeka pełna niespodzianek.

 

Sucha śluza

Kilka dni przed wyprawą udałem się na nad Wisłę. Trafiłem do śluzy Przewóz pod Krakowem.

To przedostatnia przeszkoda przed Bałtykiem. Kolejna dopiero we Włocławku. Planowałem zwodować łódkę przed Krakowem, przedefilować po rzece przed Smokiem Wawelskim i po prześluzowaniu kontynuować w dół rzeki. Uprzejmy śluzowy uśmiechnął się usłyszawszy ten plan. Dowiedziałem się od niego, że śluza jest czynna cały sezon. Pracuje tam trzech śluzowych, kierownik śluzy i sekretarka, ale … … … w śluzie prawie nigdy nie ma wody!

Oficjalne pokrętne uzasadnienie urzędowe (powtarzanej jak mantra przez pracowników RZGW) tego fenomenu techniki jest takie, że planowano poniżej zrobić kolejną śluzę i tamę, które piętrzyłyby wodę. Brakło jednak na tę inwestycję koncepcji, środków.

Moje uzasadnienie jest proste: Za komuny jakiś matoł-inżynier, absolwent politechniki w Wólce Pcimskiej „machnął się” w wyliczeniach. Nie wyszła mu kalkulacja, ale dowiedział się o tym dopiero wtedy, gdy po wielu latach budowy stanęła ohydna tama na Wiśle i śluza, do której woda nie chciała wpłynąć. Płakać mi się chce, gdy widzę na co dzień prowizorki, projekty racjonalizatorskie autorstwa przygłupów-inżynierów, techników, których wypluwały przez całe dziesięciolecia polskie polibudy. Na co dzień spotykam wielu inżynierów. - Wspaniałych ludzi, którzy skutecznie prowadzą biznes.

Polscy fachowcy dzielą się na dwie grupy: Pierwsza to ludzie, którzy na co dzień wykonują ciężką pracę manualną: spawacze, monterzy, hydraulicy. Ci znają swój fach. Oni są bardzo pożądanymi pracownikami w całej Europie. Druga grupa to tysiące absolwentów politechnik – wylęgarni wątpliwej jakości teoretyków. Uśmiechnąłem się niedawno, gdy jakiś urzędnik zachwalał niemieckiej agencji zatrudnienia ogromny potencjał setek polskich inżynierów w jednym z miasteczek na południu Polski. Po spotkaniu Niemiec zapytał mnie retorycznie: A co oni potrafią stworzyć? Taki właśnie baran zaprojektował śluzę Przewóz.

Inny baran z zarządu Wód (RZGW) informuje, że Wisła jest drogą wodną klasy (…) i prowadzi z Krakowa aż do Bałtyku.

Niedawna wędrówka zaprojektowanymi i wykonanymi 200 lat temu drogami wodnymi Żuław powoduje, że przebywając nad Wisłą człowiek źle się czuje. Ktoś kiedyś potrafił precyzyjnie wyliczyć i finezyjnie zaprojektować oraz wykonać trudne urządzenia hydrotechniczne. W Polsce za komuny nie było to już możliwe. Tak zostało do dziś. Autostrady zaraz po oddaniu do użytku trzeba poprawiać, remontować, łatać. Rozumiem teraz propozycje Niemców i Francuzów zmierzające do stworzenia europejskiego rządu. W Europie zrozumiano po raz kolejny, że barany z Europy Wschodniej nic nie potrafią zrobić, nie potrafią się rządzić. Europa zmierza w takim oto kierunku: Przemysł, pieniądze będą na Zachodzie Europy, a Wschód ma być ogromnym rezerwuarem taniej siły roboczej. Zakłady przemysłowe „wyjadą” z Polski. Zostaną przeniesione z powrotem na Zachód Europy, gdzie infrastruktura jest lepsza. Polski spawacz, hydraulik i monter będzie pracował w zawodzie, będzie ceniony i będzie dobrze zarabiał. Wyjdzie za fabrykami na zachód Europy. Nic nie potrafiący absolwent politechniki mający bezużyteczne wykształcenie i złe nawyki pracy. On oraz niepotrzebny w czasach niżu demograficznego nauczyciel będą pracowali w domach opieki w Niemczech i w Szwajcarii. Są wykształceni, nauczy się ich języka – będą dobrymi zabawiaczami dziadków z Zachodu. Polska będzie zieloną wyspą Europy. Tu Europejczycy będą wypoczywać. Nie będzie tu miejsca dla produkcji przemysłowej. Już niebawem ceny energii w Polsce poszybują w górę, deficyt budżetowy zmusi rząd do podniesienia danin publicznych, a dziurawe drogi i brak autostrad oraz rozwiniętej i nowoczesnej infrastruktury kolejowej spowodują, że produkcja w Polsce nie będzie opłacalna. Opłacać się będzie przetransportowanie robotników na Zachód.

 

Trafik na Wiśle

Na 500 kilometrach spotkałem: kilka maleńkich promów (każdy z nich zabiera na swój pokład 1-3 samochody) napędzanych z reguły prądem rzeki, jedną barkę koło Dęblina, dwie barki wydobywające piasek z rzeki, kilkanaście łodzi rybaków wiślanych, kilka łódek z wędkarzami, jeden kajak z trzema naćpanymi studentami z Krakowa. Tych ostatnich pociągnąłem kilka kilometrów do Tarnobrzega. Nie mogli uwierzyć, że na Wiśle złapali „stopa”.

Wisła jest rzeką pustą, czasem na brzegach spotkać można pojedynczych wędkarzy-kłusowników. Uciekają na widok łódki z jegomościem, który obserwuje rzekę przez lornetkę. Myślą pewnie, że kontroluje on uprawnienia do uprawiania wędkarstwa.

Wypatrując przez lornetkę mielizn pod Kazimierzem Dolnym oczy zawiesiłem na krótko na dwojgu ludzi seksujących się pysznie i beztrosko na brzegu Wisły. Także i oni czmychnęli zobaczywszy mnie.

 

Królestwo Wisły

Wisła nie jest prostą rzeką do nawigowania. Pełno w niej wirów obracających łódkę, katarakty skalne, łachy, wyspy, także te niewidoczne, bo zalane właśnie przez wodę i mielizny. Prowadząc łódkę trzeba przez cały czas obserwować rzekę przez lornetkę. Cały rejs to poszukiwanie głównego nurtu, sporadycznych tyczek, najpierw zwykłych drutów zatkniętych w wodzie, potem, po ok. 300 km kolorowych tyczek na brzegach. Dopiero tuż przed Warszawą pojawiło się kilkanaście bojek (na odcinku wielu kilometrów). Wisła to rzeka wymagająca ogromnej uwagi i koncentracji. Główny nurt prawie nigdy nie idzie środkiem rzeki. Z reguły odbija się od jednego brzegu do drugiego. Pełno w nim niespodzianek: konarów drzew, mielizn. Na całym odcinku pełno czapli siwych, kormoranów, kilka razy dziennie pojawi się tuż przed łódką orzeł bielik i czarny bociek. Wisła jest zieloną rzeką. Na pięciuset kilometrach bujnej soczystej zieleni największa infrastruktura to sporadyczne promy. Miasta są na tym odcinku odwrócone od rzeki. Żadne nie ma spotykanego w takich miejscach „waterfrontu”, promenady. Żenujący widok przedstawia zwłaszcza Warszawa: Najpierw pojawiają się sterty betonu, śmieci. Potem prowizoryczne namiotowe knajpki nad wodą i kilka restauracyjek na zardzewiałych starych statkach rzecznych. Starówka ze swymi kolorowymi kamieniczkami odgrodzona jest od rzeki ruchliwą i głośną sześciopasmówką. Nawet w Laosie w Luang Prabang potrafią docenić obecność rzeki w mieście. W Kuchingu na Borneo też jest promenada z knajpkami. Nie wspomnę już o Iquitos nad Amazonką, Bukit Lawang na Sumatrze i wszystkich chyba europejskich miastach położonych nad wodą. Nad Wisłą życie pojawia się dopiero na Ziemi Krzyżackiej. W Galicji i Kongresówce rzeka jest wrogiem, nikt nie docenia jej walorów estetycznych. Wisła w przeciwieństwie do Amazonki i innych podobnych dzikich rzek na Borneo, w Afryce, na Sumatrze jest pusta. Wsie też odwrócone są od rzeki. Brak na rzece ruchu ludzi. W Wiśle z drugiej strony nie ma widocznych śmieci, które kłują w oko w Afryce, Azji i w Ameryce Południowej. Nocleg na kotwicy blisko bezludnej wyspy zapewnia fantastyczny zachód słońca, plusk bobra i wydry, a o poranku śpiew milionów ptaków. Gdyby jeszcze tylko komary nie chciały mnie zjeść…

Ostatnia dzika rzeka Europy pełna jest mistycyzmu i magii.