Sahara 2011: Erg Chebbi, Erg Chigaga, Erg Lihoudi

Biwak na pustyni: ognisko z gałęzi suchych krzaków, kabanos na patyku, zimny żywiec. Milion gwiazd na niebie. Cisza absolutna.

Za każdym razem robię listę rzeczy, które zabiorę następnym razem na wyprawę. W dzienniku odnotowałem skrzętnie: ziemniaki na ognisko i świeczka. Duża świeczka, którą postawię na stole, by nie używać latarki.
 
Za chwilę wybieram się z bliskimi na weekend do pięciogwiazdkowego hotelu do Zakopanego. Jest tam czysto, schludnie, elegancko, wytwornie. Cóż to jednak w porównaniu do pięciogwiazdkowego hotelu na pustyni: mój namiot w nocy wpuszcza dyskretnie rześkie pustynne powietrze. Na suficie mojego biwaku wymalowane są miliony gwiazd. Wokoło mistyczne wydmy, które o poranku i o zachodzie słońca zmieniają kolory z każdą chwilą. Wyróżniona w konkursach restauracja w Zakopcu ma się ze swoim naburmuszonym i sztucznie uprzejmym personelem nijak do najwytworniejszej restauracji na świecie. Na środku pomieszczenia zlokalizowanego w zacisznym miejscu pośród wydm tli się małe złociste ognisko. Na patyku soczysty i aromatyczny kabanos z Polski. W szklaneczce na małym stoliku najlepszy drink.
 
Carpe diem! Życie jest piękne. Śmierć frajerom.
 
W zdemoralizowanej Europie za gnuśny hotel w Bolzano lub w Portofino płacimy kilkaset euro za pokój. W zamian nie dostajemy nic poza wrażeniem, że śpimy w centrum starego miasta w starym hotelu, który ma jakąś długą lub burzliwą historię. To jest tak jak z europejskimi samochodami. Są najdroższe i najbardziej się psują. Zawsze jednak idziemy do salonu i mówimy: „wydymajcie mnie ponownie! Lubię to. Dymajcie mnie zawsze. Po europejsku.” To nasza obsesja w Europie.
 
Pustynia jest różnorodna: wysokie wydmy, przepełnione feche feche zdradliwe przejścia przez wyschnięte koryta rzek, góry skaliste, ogromne płaskowyże, po których mkniemy albo z błyskawiczną prędkością po żwirze albo posuwamy się ze ślimaczą prędkością po kamieniach, i głazach.
 
Najpiękniejsze na pustyni są poranki i wieczory. O poranku w listopadzie jest rześko. Gdy słońce wreszcie wstanie, wydmy i okoliczne skały otrzymują od niego najpiękniejsze kolory: kremowy, pomarańczowy, żółty, złocisty. Gdy po południu słońce zaczyna szukać swego miejsca na horyzoncie, jasnoszary piasek pokazuje swe skrzętnie ukrywane złoto, pomarańczę i lody śmietankowe.
 
Piach jest zdradliwy: pędzę po kamieniach przykrytych piachem wspinając się na przełęcz położoną między dwoma górami. Na pedale gazu czuję coraz mniej kamieni i coraz więcej piachu. Korzystając z kawałka twardszego podłoża redukuję bieg, wrzucam jedynkę i za chwilę spod maski wydobywa się ryk lwa. Jeszcze dwieście metrów do góry, a tu wokoło sam piach. Lew traci moc. Wtem po prawej widzę stertę kamieni. Wjeżdżam na nią, by koła złapały się twardej powierzchni i bym mógł zwiększyć moc ograniczaną dotąd przez opór ton piachu pode mną. Okazuje się że kamyki leżą na głębokiej wydmie pełnej miałkiego piachu. Ostatkiem energii i mocy silnika troglodyta wspina się na pobliską górkę i staje na twardym podłożu. Stres i pot wynagradzają najwspanialsze widoki urokliwych wzgórz pośród pustyni. Wszystko to oplecione złotem zachodzącego słońca.
 
Najbardziej zdradliwy na pustyni jest feche feche. Pyłek powstający wskutek erozji podłoża glinianego i wapiennego. Bywa głęboki na kilkadziesiąt centymetrów. Natknąć się na niego można w korytach wyschniętych rzek, które płynęły kilkaset lat temu. W takim korycie znajdziemy zwykle pełno krzaków, co sprawia, że nasza uwaga się zmniejsza, oczy odpoczywają. Instynktownie zwiększamy bieg, zmniejszamy obroty silnika. Jest to największy błąd, który często kończy się utopieniem całych kół w pyle, z którego nie sposób wyjechać. Wykopując wehikuł cali jesteśmy w pomarańczowo-szarym pyle. Wyjazdowi po trapach towarzyszy wielka i powoli opadająca chmura. Wyjazd z takiej opresji jest tylko połową sukcesu. Gdy samochód ruszy i nabierze pędu, nie wolno się zatrzymać. Musimy nabrać prędkości, wyrównać wysoką moc i zacząć płynąć po wydmach. Zatrzymanie grozi bowiem kolejnym zakopaniem i kolejnymi godzinami spędzonymi przy łopacie, lifcie i trapach. Pamiętać jednak musimy, że w miejscu, z którego właśnie przed chwilą z mozołem wyjechaliśmy, został nasz drogocenny sprzęt, który jeszcze wiele razy ma nam uratować życie. Po ten sprzęt trzeba wrócić. Mamy dwie możliwości: albo mknąć przed siebie ta długo, aż nie staniemy na twardym gruncie. Wtedy na piechotkę wracamy kilkaset metrów/kilka kilometrów po ciężkiego lifta i łopatę (jedna runda), trapy (druga runda) i resztę sprzętu (trzecia i kolejna runda). Inna możliwość, to poszukanie, zanim wyjedziemy z piachu lub feche feche, gdzieś z boku twardszego gruntu i zaznaczenie go na gps. Wtedy po starcie jedziemy przed siebie nabierając prędkość, a gdy silnik już stabilnie ryczy na wysokich obrotach, robimy delikatny łuk (ostry zakręt kończy się zatopieniem pojazdu w piachu lub w pyle) zawracając, a następnie wjeżdżając na znalezione wcześniej twarde podłoże. Takie eksperymenty często kończą się kolejną rundą kopania. Twardy grunt czasem tylko z pozoru jest twardy. Skorupa rozpada się często, gdy wtoczy się na nią kilkutonowy potwór.
 
Dziesięć uwag o prowadzeniu pojazdu po wydmach:
  1. Lepiej jechać na niskim biegu i na dużych, granicznych obrotach, niż na wysokim biegu na niskich obrotach. To drugie kończy się najczęściej utknięciem w piachu, a karą za głupotę kierowcy jest długie wygrzebywanie wehikułu z opresji.
  2. Spuszczamy powietrze z opon. Nawet do 1,5 bar. Miejscowi jeżdżą po wydmach na szerokich (235) terenowych oponach z takim właśnie niskim ciśnieniem. Głupotą było z mojej strony wjechanie na wydmy z nabitymi oponami do 4 atmosfer! Samochód nie chciał jechać !
  3. Jedziemy bez zawahania. Lepiej dodawać gazu, niż zmniejszać obroty.
  4. Wiedzieć gdzie jest twardy grunt: sprawdzamy to na mapie, na gps, a w razie wątpliwości idziemy na piechotę na rekonesans. Wydmy są zdradliwe. Każąc nam wspinać się wyżej i wyżej, sprawdzają cały czas naszą determinację, by je pokonać.
  5. Gdy jest twardo i w oddali pojawia się koryto rzeki (oued), redukujemy bieg, dodajemy gazu, by bezpiecznie przebrnąć przez prawdopodobny w tym miejscu feche feche.
  6. Nie robimy gwałtownych ruchów kierownicą. Zwiększają one opory, hamują wehikuł, który traci moc. Pojazd musi spokojnie, tępymi zakrętami płynąć po wydmach.
  7. Nie redukujemy biegu na piachu. Samochód traci wtedy błyskawicznie prędkość, moc i możemy szykować łopatę.
  8. Gdy są w piachu koleiny, nie jedziemy w nich. Mogą być bowiem głębsze, niż nasz prześwit. Gdy tak będzie, nasze opony stracą przyczepność i zawiesimy się na podwoziu. Karą za lekkomyślność jest zawsze łopata.
  9. Wyjeżdżając na wydmę, choćby była mała, z wyczuciem zwalniamy tak, by móc spojrzeć, co za wydmą się znajduje. Jeżeli jest to gwałtowny uskok, przepaść, lub dół, musimy mieć możliwość zatrzymać wehikuł na szczycie wydmy i wycofać się bezpiecznie.
  10. Najważniejsze: nie jechać po wydmach, ale jechać po wydmach do konkretnego celu, najlepiej jeżeli jest on wyznaczony na gps. Wydmy są łudząco podobne do siebie. Łatwo się na nich zgubić. Nawigacja pokazuje, w którym kierunku i jak daleko znajduje się aktualnie nasz cel. Jazda z gps pomaga pewniej jechać i unikać momentów zastanowienia, zawahania, które kończą się piachem na progu samochodu i długim kopaniem. Jeżeli mamy się zakopać to zróbmy to na górze wydmy przodem skierowanym w dół jazdy. Najgorzej jest się zatrzymać w dołku między wydmami, z którego nigdy możemy nie wybrnąć.
Dziesięć ważnych uwag i wskazówek dot. biwaku na pustyni:
  1. Z dala od dróżek, ścieżek, traktów, z których będziemy widoczni wieczorem. Unikniemy zaskakujących odwiedzin w środku nocy. Beduin jest ciekawski, zapewne wpadnie, by poprosić o papierosa, aspirynę lub by po prostu łyknąć destylatu, który mamy ze sobą. Odwiedziny Beduina w ciemną noc spowodują, że ciarki przejdą nam po plecach.
  2. Na twardym podłożu (następnego dnia nie chcemy rozpoczynać z łopatą w ręku!) w zacisznym miejscu między wydmami. – zarówno wieczorem jak i rano nie opuszczając obozowiska mamy spektakularne widoki i czar kolorów, które słońce wydobywa z pustyni.
  3. W pobliżu wyschniętych krzaków, które posłużą nam za opał. Uwędzimy na nich najlepszego kabanosa na świecie popijając go wyciągniętym z lodówki najlepszym żywcem lub wytwornym drinkiem z chłodzonego barku.
  4. Na rano zostawiamy sobie kilka suchych gałęzi, by o wschodzie słońca ogrzać się przy tlącym się na nich ogniu.
  5. Wejście do namiotu ustawiamy od wschodu, by obudziło nas słoneczko budzące nowy dzień. Tego momentu nie wolno przegapić na pustyni, podobnie jak chwili, gdy wieczorem słońce chowa się za horyzontem.
  6. Gorąca kawa o poranku jest ambrozją przy ognisku, przy którym ogrzewamy się podziwiając oświetlone dopiero co wydmy i skały.
  7. Maczeta w namiocie nie pomoże w nocy, ale daje jakieś tam subiektywne poczucie większego bezpieczeństwa na pustkowiu.
  8. Do namiotu na noc zabieramy to, co może okazać się niezbędne, by uniknąć wychodzenia w nocy: wodę, czapkę, ciepły ciuch, latarkę.
  9. Wygodne składane krzesła i stolik spowodują, że w pięciogwiazdkowym hotelu między wydmami zjemy kolację w wytwornej restauracji.
  10. Kupione na targu soczyste oliwki do wieczornego grilla, mandarynki i granaty na śniadanie oraz daktyle na drogę.
Dziesięć użytecznych sprzętów na pustyni:
  1. Hilift wraz z podstawką, łopatą i trapami: wygrzebiemy się z piachu!
  2. Woda: lepiej więcej niż mniej. – Do picia, mycia. W porządnych zbiornikach z wygodnymi niecieknącymi kranikami.
  3. Zbiorniki na paliwo: nawet gdy nasz troglodyta pali mało, to dają poczucie bezpieczeństwa. Zwłaszcza, gdy jesteśmy przyzwyczajeni do jeżdżenia „na oparach”.
  4. GPS: mój stary sprzęt z nowymi mapami widzi nawet pustynne ścieżki. Nawiguję po Saharze jak po Krakowie.
  5. Namiot na dachu lub wygodne spanie w samochodzie: żaden zwierzak nie zagości w nocy w naszym śpiworze!
  6. Trzy koła zapasowe: dają poczucie bezpieczeństwa i spowodują, że podczas wyprawy nie będziemy szukać wulkanizatora, sklepu z oponami. Wszak duże boczne dziury, które łapiemy na ostrych pustynnych kamieniach eliminują oponę z dalszego użytkowania.
  7. Dwa aparaty fotograficzne: gdy jeden zawiedzie, bo piach zablokuje mechanizmy lub gdy wyczerpie się bateria, mamy jeszcze drugi aparat!
  8. Sztywny drucik: odkrycie ostatnich saharyjskich wypraw: na nim upieczemy wieczorem lub rano soczystego kabanosa!
  9. Szklaneczka: nie pasuje picie na pustyni wybornego drinka z plastiku.
  10. Lodówka, kuchenka i inne kuchenne szpeje: umilą pobyt na Saharze!