Wyprawy do magicznych miejsc na świecie

 

Bejrut, wojna, Hezbollah, bombardowania: oto częste skojarzenia z Libanem. W istocie to kraj wykształconych ludzi, wielu uniwersytetów, elity intelektualnej Bliskiego Wschodu i świata arabskiego. Widać to na ulicach. Nie tylko Bejrutu, ale także innych chrześcijańskich i sunnickich miejscowości. W części szyickiej rządzi strach, wojna. Już zbliżając się do np. Balbeku widzimy złowrogie billboardy z przywódcami Hezbollahu. Taksówkarz-chrześcijanin wiozący mnie w serce szyickiej części państwa, nie chce się tam na dłużej zatrzymywać. Czeka w swoim samochodzie spiesznie wraca do Bejrutu.

Lato minęło pod znakiem eksplorowania pięknych zakątków Polski. Pyszne były spływy Wisłą, Prądnikiem, Czarną Nidą, Kanałem Oberlandzkim. Pontonem, kajakiem, jachtem. Tatry oczarowały mnie ponownie. Ze wzruszeniem dotarłem po dobrych dwudziestu latach nad Morskie Oko, by cieszyć się pięknym widokiem na Mnicha z moim synem. Niezapomniane są chwile, kiedy z Bubą wrzucamy kamienie do tatrzańskiego potoku. Wyjazd kolejką na Gubałówkę, na Szyndzielnię, atrakcja pogardzana przeze mnie jeszcze do niedawna, nabrała nowego wymiaru. Kupiłem Bubie książeczkę GOT i zbieramy punkty, by zdobyć odznakę.

Gdy wielkimi krokami zbliżały się uroczystości Wszystkich Świętych, korki na drogach, tłumy ludzi z chryzantemami, policyjna "akcja znicz", krótko mówiąc: tradycyjna polska hucpa świąteczna, nie mająca nic wspólnego z czczeniem i szacunkiem dla zmarłych, a bardziej z logistyką tego czczenia: myciem grobów (dlaczego nie powinny być czyste przez cały rok?), korkami na wszystkich drogach dojazdowych do cmentarzy (dlaczego nie czcić zmarłych bliskich przez cały rok?) ? uniemożliwiającymi przemieszczanie się po kraju ?

Całą wiosnę i lato pracowałem. Nie wiem po co. Zaangażowałem się niepotrzebnie w nowe projekty i co z tego, że są spektakularne efekty! Już we wrześniu poczułem wyraźne zmęczenie oraz utratę równowagi pomiędzy pracą, synem i wyprawami. Zbyt dużo czasu spędzam na naradach, niepotrzebnie rozbudowałem strukturę. Rozbudowa taka wiąże się niechybnie z koniecznością poświęcania części czasu na zarządzanie, administrowanie, decydowanie pozamerytoryczne. Mniej czasu poświęcam na pracę kreatywną, którą uwielbiam. Po co tyle pracować, jeśli nie trzeba.

Cywilizacja dociera wszędzie. Nawet w sercu dalekiej Papui, gdzie nie ma dróg, każdy szanujący się półnagi i bosonogi młody człowiek dzierży w ręku telefon komórkowy. Namawiają mnie mało doświadczeni podróżnicy oraz nigdy i nigdzie nie podróżujący sprzedawcy w sklepach ze sprzętem wyprawowym do zakupu telefonu satelitarnego. Wydatek to rzędu kilkuset euro i minuta połączenia około dolara. Ale po co to? Przecież wszędzie, gdzie tylko pojawi się na świecie elektryczność, na najwyższym wzniesieniu w okolicy stawiany jest obskurny maszt operatora sieci komórkowej.

Na mojej liście miejsc na ziemi, które zamierzam nawiedzić, przybywają ciągle nowe destynacje. A ja z uporem maniaka staram sie skracać tę listę bujając się po świecie bliskim i dalekim. Kupiłem jesienią 2009 r. bilet do Gwatemali. Zamierzałem zbadać, dlaczego upadła cywilizacja Majów. Przyzwyczajony podczas moich ostatnich licznych wędrówek do stabilnej Azji Południowo-Wschodniej nie patrzyłem na informacje o kraju. Dopiero na kilka dni przed wyjazdem zacząłem analizować strony internetowe niemieckiego, brytyjskiego i amerykańskiego MSZ.

"Wyrastające jak grzyby po deszczu meczety w Europie Zachodniej", "Uciążliwa turecka społeczność w Niemczech", "Kebab", "Turasy", "ludobójstwo na Ormianach", niemieckie "türken" - odpowiednik naszego "cyganić". - Oto ogólne, powierzchowne skojarzenia z Turcją.

Wczesną jesienią spakowałem Troglodytę i wyruszyłem w kierunku Azji. W szufladzie w kabinie przewodniki po Turcji, Kaukazie, Syrii i Jordanii. Wyruszając nie wiedziałem jeszcze, gdzie dotrę. Byłem przygotowany na kilkutygodniową włóczęgę. Kierunek wyprawy był jeszcze sprawą otwartą.

 

W krainie ludożerców 
 

Wiosną 2009 r. wyruszyłem do tajemniczej Papui. Od kiedy podróżuję do Indonezji, za każdym razem myślami wracałem do młodzieńczej lektury „Tomka wśród łowców głów” (Szklarski). Po kilkudziesięciu godzinach lotu, koczowaniu w Jakarcie na lotnisku, obleśnawym noclegu w stolicy Papui, wyczekiwaniu na pozwolenie na wycieczkę w głąb wyspy, wylądowałem maleńką awionetką w samym sercu wielkiej wyspy. 

Bosonodzy towarzysze

Poszukiwanie naszych bliskich kuzynów w Afryce
Wyprawa na Borneo i spotkania z leśnym człowiekiem zainspirowała mnie do złożenia wizyty u jeszcze bliższych krewnych. U dwóch jegomościów, z których jeden to pan troglodyta, a drugi gorillo gorillo.

 

 

Pod samym dachem świata
 

Jesienią 2008 r. wybrałem się do Nepalu, by zobaczyć wielkie, monumentalne Himalaje. Są to faktycznie ogromne, przepastne, pokryte podrywanym przez wiatr śniegiem szczyty sięgające nieba. Wędrując wokół Annapurny przechodziłem przez maleńkie wioseczki, gdzie ludzie jeszcze przez kilka lat będą trudnili się wypasem bydła – jaków, kóz i owiec. 

Strony